Wolność, Własność, Smrodliwość

5 Luty 2010 7 komentarzy

Przezabawną cechą korwinistów (a i samego Korwina też) jest ich wewnętrzne, niewzruszone przekonanie o absolutnym charakterze praw takich jak wymienione w tytule Wolność czy Własność, koniecznie z Wielkiej Litery. Każdy wyznawca i wielbiciel JKM wie od razu, że wolność mojej pięści jest ograniczona bliskością twojego nosa – jeśliby ktoś zrobił kiedyś odpowiednie statystyki, byłoby to zapewne najczęściej powtarzane na łamach Najwyższego CZAS!u zdanie a jego pozycji mógłby zagrozić tylko przypisywany Beniaminowi Franklinowi głupawy cytat o dwóch wilkach i owcy.

Wolność więc ograniczona jest przez Bliskość, niczym odległość przez długość. Własności natomiast nie ogranicza już zupełnie nic. Co moje to moje i wara od tego, chyba że podatek, koniecznie pogłówny. Państwo i jego przepisy mają się trzymać z daleka. Z bardzo daleka.

Nie dziwi więc, że gdy tylko Wojtek Orliński napisał o projekcie ustawy mającej zakazać palenia także w lokalach będących prywatną własnością, pojawił się niemal od razu obrońca Praw Najważniejszych. Do praw tych należą, jak się okazuje, nie tylko Wolność, Własność i Smrodliwość, ale także Niemycie Rąk:

Mam prawo (czy też powinienem mieć prawo) otworzyć knajpę w której kucharz jest brudny, barman pali za barem i dmucha klientowi w twarz dymem, dania podaje się na tekturkach wielokrotnego użytku a z sufitu sypie się tynk. Jak myślisz, ktoś wejdzie do takiego lokalu (przy założeniu, że nie ma tam wina na szklanki)? No i właśnie dlatego takich knajp nie ma. Jak otwieram lokal to chcę na nim zarobić.

Sprowadzanie wszystkiego do absurdu jest stałym elementem erystycznego arsenału Korwina i wyznawców, i chociaż nie jestem pewien czy takich knajp rzeczywiście nie ma, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę lokale działające poza świadomością faszystowskiego aparatu fiskalnego Rzeczypospolitej, dobrze będzie tego absurdu nieco jednak ująć, zastępując go przykrą nieraz rzeczywistością.

Zostawię więc teoretyczne knajpy takie jak opisana i zapytam o co innego: czy powinieneś mieć też, drogi korwinisto, w swej na szczęście nieistniejącej knajpie serwować klientom ziemniaczki odzyskane z niedojedzonych potraw innych klientów? Czy powinieneś mieć prawo zepsute mięsko odświeżać metodami dziś uznawanymi przez sądy za zakazane? Czy powinieneś mieć prawo konserwować składniki przyszłych potraw dowolnym rakotwórczym świństwem? Czy uważasz, że inni powinni mieć takie prawo?

Niejeden korwinista odpowie, że tak, pod warunkiem, że klient miałby prawo zapoznać się z tym, co rzeczywiście dzieje się na zapleczu, jakie rzeczywiście są składniki i czym są konserwowane. A, i skąd pochodzą ziemniaczki.

Niestety, tak się nie da. W umyśle korwinisty być może wygląda to pięknie, w praktyce oznaczałoby, że każdy musiałby dokładnie, bardzo dokładnie, opanować niesamowitą ilość wiedzy. Czy wiesz, drogi korwinisto, jaka jest bezpieczna ilość substancji E698, oraz jakie efekty uboczne może wywołać jej przekroczenie? Czy w ogóle taka substancja istnieje? A przecież sprawdzać w ten sposób by trzeba było nie tylko konserwanty w żarciu ale dokładnie wszystko.

To oczywiście nie ma szans działać. Działa natomiast państwowy przymus przestrzegania przepisów i norm. Wymaga on oczywiście odrzucenia idei Wolności Ograniczonej Bliskością oraz Świętego Prawa Własności i pogodzenia się z pewnymi (innymi niż Bliskość) ograniczeniami. Na przykład takimi, że do świadczenia usług wymagane jest zachowanie pewnych minimalnych standardów a niemytymi rękoma korwinista może gotować co najwyżej u siebie w domu. (Swoją drogą, skąd u nich taki fetysz brudu?)

A także takimi, że gdy uprzejme prośby zawodzą, śmierdzieli z knajpy przegoni policyjna pała.

Gwiazdka z choinki

19 Grudzień 2009 6 komentarzy

W ramach zwlekania z obiecaną notką o kostkach lodu, dziś postanowiłem zaprosić na gościnne występy eksperta z Centrum im. Adama Smitha, byłego członka rady nadzorczej ZUS i gwiazdę mediów wszelkich (w tym oczywiście Najwyższego CZAS!u), dr. Roberta Gwiazdowskiego. Zapraszam z tym większą przyjemnością, że błyskotliwa notka pana Roberta dowodzi, że choć nie jest ani klimatologiem, ani geologiem, jest erudytą prawdziwie interdyscyplinarnym. Możnaby wręcz nazwać go ostatnim człowiekiem renesansu, gdyby ta fucha nie była już zajęta.

Wybitny specjalista nasz, z teorią ewolucji i logiką za pan brat, nie ma żadnego problemu ze zdemaskowaniem oczywistej sprzeczności w myśleniu klimatologów, którzy zazwyczaj są też zwolennikami ewolucji:

ewolucję przeżywały nie tylko gatunki zamieszkujące Ziemię, lecz i sama Ziemia. W jej historii bywało już cieplej i bywało zimniej. Dlaczego ma się to nie powtórzyć? Cała nasza historia to dostosowywanie się gatunków do zmieniających się warunków życia. Jeżeli dzisiejsza cywilizacja ma być końcem ewolucji – to jest to sprzeczne z podstawowym założeniem teorii ewolucji!

Sprzeczność zaiste przerażająca, zwłaszcza gdy porównać piękno i prostotę klimatologów-kreacjonistów, którzy wiedzą, że skoro Ziemia istnieje już sześć tysięcy lat bez ochrony środowiska to poistnieje i następne sześć, więc nie ma się co szczypać.

W historii Ziemi rzeczywiście bywało już cieplej i zimniej. Bywało też więcej i mniej dwutlenku węgla, tlenu czy azotu. Bywało nawet tak, że pan doktor potrzebowałby kosmicznego skafandra żeby na tej planecie przeżyć choć chwilę. Właściwie, dlaczego ma się to nie powtórzyć? Może pan doktor lubi skafandry.

Niestety. Bycie zwolennikiem ewolucji to ciężkie zadanie, bo łączy się z nim nieodmiennie świadomość, że mimo wszystko całkiem sporo gatunków ewolucji nie przeżyło a dostosowanie się do zmieniających warunków może też oznaczać reinkarnację w postaci ropy naftowej. Sprawdzanie na sobie podstawowych założeń teorii ewolucji jest zazwyczaj całkiem nieprzyjemne.

Zmartwić też muszę pana eksperta w innej kwestii: chociaż wzrost średniej temperatury globalnej o jeden stopień to całkiem dużo w skali świata, a tym bardziej w skali kosztów dla naszej cywilizacji to nie jest to tyle żeby można było definitywnie pożegnać potrzebę odśnieżania Warszawy i innych miast. Za to można przywitać kilka innych potrzeb, od których do niedawna mieliśmy spokój, takich jak potrzeba radzenia sobie z coraz częstszymi suszami oraz skutkami niezbyt przyjemnych zjawisk atmosferycznych jak choćby cyklony czy huragany.

Ale może jednak warto? Nie dość, że byłaby szansa na rozstrzygnięcie darwinowskiej walki o byt między fokami a misiami polarnymi a nawet darmowy kurs nurkowania dla tych ostatnich, to może i u ludzi coś by się poprawiło, wszak

Głód jest motorem postępu.

co dla każdego prawdziwego liberała jest równie oczywiste jak przytłaczająca przewaga technologiczna głodującej Afryki nad zdemoralizowaną swą sytością, spasioną cywilizacją zachodnią.

Pamięci Ojczyzny

1 Grudzień 2009 Dodaj komentarz

Stało się. Od dziś nie żyjemy już w Rzeczypospolitej Polskiej tylko w Polskiej Socjalistycznej Republice Europejskiej, poprzednio nazywanej Generalnym Gubernatorstwem. Nie ma co się oszukiwać, jest znacznie gorzej niż poprzednio.

Polacy nie mogą już jak za GG zarabiać na nieopodatkowanym handlu słoniną, rąbanką, kaszanką i przez nikogo nie niepokojeni spijać owoców tej pracy. Dziś nie dość, że słoninę można robić tylko w zgodzie z faszystowskimi normami narzuconymi przez Brukselę, to jeszcze podatki są znacznie wyższe.

Inaczej niż prawdziwie wolni obywatele III Rzeszy, jesteśmy dziś przywiązywani jak krowy nawet we własnych samochodach a Trybunał Konstytucyjny nie chce uznać tego faszystowskiego przepisu za bezprawie.

Na korzyść zjednoczonej Europy z lat czterdziestych ubiegłego wieku przemawia także zdecydowane stosowanie dziś oficjalnie zabronionej kary śmierci. Nie da się ukryć, że przez cały tamten okres działała skutecznie odstraszająco na wszelkiego rodzaju bandytów.

Z pracą także gorzej. Zły ustrój gospodarczy zmusza dziś Polaków do szukania pracy za granicą gdy sześćdziesiąt kilka lat temu to praca szukała ich sama. Na domiar złego wygodne i przestronne taksówki dowożące ludzi na miejsce pracy zostały zamienione na ciasne wagony gdzie poddani reżimu nie mogą nawet wybrać sobie miejsca i zmuszani są do siedzenia w narzuconych pozycjach; tylko czekać jak i w pociągach zostanie wprowadzony obowiązek zapinania pasów.

Nic więc dziwnego, że wierny Ojczyźnie i jak zawsze dbający o dobro jej i jej mieszkańców skoro nie ma dziś widoków na monarchię, pragnie powrotu dyktatora łagodniejszego i rozsądniejszego niż ci, którzy niebawem zostaną przysłani z socjalistycznej Brukseli.

Naród polski od dziś żyje nadzieją na romantyczny zryw, który być może nastąpi w następnym pokoleniu, po 30 latach najcięższej niewoli. Ostatnie zdrowe elementy pokolenia obecnego mogły już tylko pożegnać suwerenność ukochanej Ojczyzny.

Cześć jej pamięci!

Nadzieja na hazard moralny

12 Listopad 2009 4 komentarzy

Ze słabości argumentu o podziale firmy na 100 na uzasadnienie “irracjonalności”  ubezpieczeń zdał sobie sprawę chyba nawet sam Korwin, skoro dzień później dodał kolejne dwa: jeden oparty o wyliczenia wartości oczekiwanej dochodów kierowcy (którą to wartość oczekiwaną Korwin zwie konserwatywnie nadzieją matematyczną), drugi oparty o skłonność do większego dbania o przedmioty, których strata będzie bezpowrotna. Są one jednak równie słabe co poprzedni.

Tako rzecze JKM:

A)Nie ubezpieczam się. Zarabiam rocznie 50.000 zł – strata samochodu(150.000 zł) z szansą 1% czyli E = 50.000 – 1500 = 48.500 zł

B)Ubezpieczam się. Nie ma żadnego ryzyka: 50.000 – 2500 składki naubezpieczenie = 47.500

Wybieram,oczywiście, A.

Obliczenie, chociaż arytmetycznie poprawne zakłada, że utrata samochodu, który dla świadczącego usługi transportowe kierowcy jest jedynym narzędziem zarabiania pieniędzy nie wpłynie na jego dochody a jedyną finansową konsekwencją straty będzie konieczność zakupu nowego.

W przypadku B) ocena Korwina jest nieco zbyt entuzjastyczna: nawet jeśli możliwy jest zakup ciężarówki w ciągu jednego dnia, wypłata ubezpieczenia zajmie nieco więcej czasu. Trzeba się więc liczyć ze stratą wynikającą z koniecznego przestoju, a być może nawet z odejścia części klientów, którzy będą musieli w tym czsaie znaleźć innego kierowcę.

W przypadku A) założenie nieprzerwanego strumienia dochodów jest jeszcze bardziej absurdalne, choćby dlatego, że po utracie samochodu wyschnie on do zera o ile niezbyt szczęśliwy kierowca nie posiada gotówki na zakup następnego lub choćby zdolności kredytowej dla uzyskania tych pieniędzy.

Na tym nie koniec. Mało kto kupuje samochód tylko na rok, nawet osobowy a co dopiero ciężarówkę. W ewentualnym szacowaniu ryzyka związanego z możliwą jej utratą należy także wziąć pod uwagę jej efekty dla finansów na następne lata a one, zwłaszcza w przypadku braku ubezpieczenia, mogą być opłakane.

Policzmy w stylu Korwina: ciężarówka ma pracować jeszcze 10 lat, warta jest, niech mu będzie, 150000 a roczny dochód to 50000. Przestój związany z wypłatą ubezpieczenia powoduje stratę równą 10% rocznych dochodów, jeśli nie ma ubezpieczenia, zarabianie się kończy. Dla uproszczenia zakładamy (zwiększając wartość opcji bez ubezpieczenia), że wypadek może nastąpić tylko pod koniec roku, po osiągnięciu pełnych na ten rok dochodów. Dla przypadku A) mamy 0.99 * 500000 + 0.01 * (50000 – 150000) = 494000, dla przypadku B) jest to 0.99 * 500000 + 0.01 * (-5000) = 494950. Co wybierze Korwin?

Niestety wartość praktyczna tych wyliczeń jest równie niewielka, co wyliczeń JKM. Konsekwencje finansowe straty źródła dochodów inne przecież będą dla osoby, która ma milion złotych oszczędności, inne dla osoby, która oszczędności nie ma a do tego z miesiąca na miesiąc spłaca kredyt za mieszkanie i za właśnie utracony samochód! Beztroskie w sumie “zarabianie się kończy” może równie dobrze oznaczać rozpoczęcie naliczania różnych karnych odsetek czyli jeszcze większą stratę. Te wszystkie czynniki należałoby wziąć pod uwagę. Warto też pamiętać, że prawdopodobieństwo 1% Korwin wyssał z palca, w rzeczywistości jest zupełnie inne.

Ważne jest co innego: konsekwencje ubezpieczenia nie są takie same dla ubezpieczyciela i jego klienta, dlatego możliwe i całkiem prawdopodobne jest, że ubezpieczyciel zarobi swoją premię na składkach klientów a jednocześnie dla nich będzie to także sytuacja statystycznie korzystna (czyli wartość oczekiwana po ubezpieczeniu będzie wyższa niż przed).

Korwin podnosi jeszcze inną konsekwencję ubezpieczenia:

do tego dochodzi wspomniany wczoraj “moralhasard: jeśli samochód nie jestubezpieczony, to kierowca bardziej go pilnuje – więcprawdopodobieństwo ukradzenia go jest mniejsze!

Niestety ludzie czasem chociażby śpią. Można spać w samochodzie, ale wygodniej jednak w domu. Można na czas odpoczynku postawić koło samochodu uzbrojonych strażników (kilku, przecież jeden będzie w końcu musiał iść za potrzebą), tylko czy to na pewno będzie tańsze niż ubezpieczenie?

ps. Gammon podrzucił jeszcze jeden ciekawy argument, w sam raz dla Korwinowców: jeśli ubezpieczenie negatywnie wpływa na wyniki firmy to dlaczego Niewidzialna Ręka Rynku nie posprzątała tych, którzy się ubezpieczają?

ps2. Koniec z ubezpieczeniami, przynajmniej na razie.

Korwin statystycznie szczęśliwy

30 Październik 2009 6 komentarzy

Pierwszym tematem, którym się zajmę na blogu będą ubezpieczenia, na razie tylko dobrowolne. Nie jest to temat świeży, Korwin-Mikke poruszał go szerzej na blogu prawie dwa lata temu, ale jest to temat bardzo dobry na początek, bo pozwala pokazać bardzo typowe dla Korwina i jego zwolenników błędy w myśleniu.

Dam więc na początek głos Mistrzowi:

Jeśli wypadek zdarza się rocznie co setnej ciężarówce, a ja mam 100 ciężarówek, to odszkodowanie za tę jedną musi pochodzić ze składek za nią i za pozostałych 99… ale pokryć trzeba jeszcze koszt i zysk ubezpieczyciela. Impreza nieopłacalna.

Tu Mistrz właściwie ma rację. Jeśli te ciężarówki są niemal ciągle w ruchu, a taki jest najczęściej sens istnienia ciężarówki w firmie, która ma ich sto – więc zapewne przewozowej – zagrożenie ryzykiem zniszczenia wielu na raz, na przykład przez pożar, można uznać za pomijalne.

Na tym jednak koniec racji Korwina, za to początek typowego dla niego rozumowania:

OK – jedziemy dalej z tym koksem: niech tę firmę posiada dwóch braci. Rzecz jasna: nie ubezpieczają się.

Powiedzmy, że dzielą oni teraz tę firmę na dwie. Otóż – to ważny punkt: ubezpieczenie obydwu jest dokładnie tak samo nieopłacalne!!!

A jeśli była to spółka 100 kierowców – i podzielimy ją na 100 firm – to ubezpieczenie nadal będzie nieopłacalne!

Tu należałoby zapytać: dla kogo nieopłacalne? Dla nieistniejącej już spółki 100 kierowców zapewne tak, tylko że po podziale ta spółka przestaje istnieć. Tymczasem każdy ze stu kierowców nie ma już stu samochodów a tylko jeden i tylko za ten jeden płaci składkę (a w tej składce, owszem, jest premia dla ubezpieczyciela). Czy więc każdy z nich powinien rozpatrywać opłacalność decyzji o ubezpieczeniu w kontekście byłej spółki jego i dziewięćdziesięciu dziewięciu kolegów?

Nie. Prowadząc biznes, mały czy duży, każdy powinien myśleć o swoich warunkach i na tej podstawie decydować, nie zaś o warunkach historycznych czy tym bardziej hipotetycznych a to właśnie proponuje Korwin-Mikke: gdyby wciąż była spółka stu, toby się nie opłacało, więc na pewno nie opłaca się każdemu z tej setki oddzielnie. (Jest też, w następnej notce Korwina na ten temat, inny argument. Też nietrafiony, zajmę się nim w następnej mojej notce.)

Pewien problem dostrzega tutaj sam Korwin:

Oczywiście: jest prawdą, że rocznie jeden z tych kierowców będzie – nie ubezpieczywszy się – bankrutował. Jednak pozostałych 99 będzie miało średnio znacznie lepsze wyniki (o koszt ubezpieczenia).

Tak, to prawda. Jak też prawdą jest, że jeśli JKM wsadzi nogi do zamrażarki a głowę i tułów do pieca, to będzie mu średnio ciepło, chociaż nie wiem czy się zdecyduje na takie doświadczenie. Ja nie polecam, lepiej się po prostu właściwie do pogody ubrać.

Tak samo lepiej podejmując decyzję o ubezpieczeniu (i dowolną inną także!) brać pod uwagę własne korzyści i ryzyka, dzięki temu mamy większe szanse być szczęśliwi. Naprawdę, a nie tylko statystycznie.

O co chodzi?

21 Październik 2009 5 komentarzy

Jedną z głośniejszych, bo na szczęście niezbyt wpływowych, grup obecnych w Internecie są zwolennicy, czasem wręcz wyznawcy idei Janusza Korwin-Mikkego.  Chociaż ich obecność w Internecie nie przekłada się na wynik wyborczy większy niż 0.5% głosów, a i to na liście pięciopiwnego LPRu, stosunkowo często przyklejają się ze swoimi przepisami na światową szczęśliwość do różnych innych blogów.

Nie mając do końca ochoty na prostowanie ich bredni za każdym razem gdy je przeczytam, a jednocześnie nie bardzo chcąc zostawiać je bez odpowiedzi postanowiłem założyć bloga, którego myślą przewodnią będzie prostowanie, odkłamywanie i ośmieszanie bredni korwinizmu.

Poruszane tu tematy będą różne: od idealnej prywatnej służby zdrowia, przez ubezpieczenia, społeczne i inne, całodobowy obowiązek jazdy na światłach, powszechną edukację aż po globalne ocieplenie. Niekoniecznie w takiej kolejności.

Tagi: